Będę dobrym nauczycielem...

...bo nie krzyczę. Tak powiedziała 10-latka, która przyszła do mnie na korepetycje. Zastanawia mnie fakt, czy taki obraz obecnych nauczycieli nie powinien dawać do myślenia. Z jednej strony, ubolewam nad tym, jakie dzieci mają przykre skojarzenia ze szkołą, a również z matematyką (już nawet z samym tym słowem), a z drugiej, bardzo mnie to cieszy. Być może trudno będzie mi w przyszłości przekonać dzieci i udowodnić im, że matematyka nie jest taka ciężka, zła, niefajna i "głupia".

Z moich obserwacji wynika, że nauczyciele w szkołach podstawowych generalnie nie potrafią nauczyć 7-11-latków matematyki. Pani nauczycielka mojej podopiecznej zadaje zadanie i każe dzieciom samym je rozwiązywać. Sama "coś robi" przy biurku, nie interesując się uczniami. Pytanie: co, jeśli dzieci nie wiedzą jak zrobić zadanie albo nie mają pomysłu? Pamiętajmy, że dziecko 10-letnie nie ma jeszcze rozwiniętego myślenia abstrakcyjnego, więc jeśli nie nauczy się go (dziecka) pewnego schematu myślenia, nic nie zrobi. No, może zrobi jedno - zniechęci się do nauki. A o wiele przyjemniej robi się coś, do czego nie jest się zniechęconym, prawda? Albo coś, co nie kojarzy się negatywnie.