Przejdź do głównej zawartości

Reklamy SMS-owe

Reklamy przesyłane za pomocą SMS-ów, podobnie jak reklamy telewizyjne nie zawsze są przemyślane przez swych twórców. Nie raz chciałoby się poprawić taką reklamę o swój komentarz, który byłby lepszy, przyjemniejszy, zabawniejszy, czy bardziej odpowiedni. Większość z nas jednak nie ma takiej mocy sprawczej, toteż godzi się na reklamy w tej postaci, jaką nam prezentują odgórnie lub przełącza stacje.
SMS-ów można przecież nie czytać, nie odbierać. Ja jednak odbieram. Czytam. I dziwię się twórcom, zadając sobie pytanie: "a gdzie jest profesjonalizm?" Treść SMS-a była następująca:
Czy wiesz gdzie jest teraz Twoje dziecko? Aktywuj usluge - do lokalizacji wystarczy, ze bedzie mialo telefon! Wiecej: [tu adres strony internetowej]
Pomijając fakt, że reklamy czemuś mają służyć, to pozostaje kwestia takich SMS-ów jak ten powyżej. A co - pytam się - jeśli takiego SMS-a dostanie osoba bezdzietna? Kobieta, która nie może mieć dzieci? Małżeństwo, które stara się o adopcję? Rodzice, którzy niedawno pochowali swoje dziecko? Rodzice, których córka czy syn zaginęli? Pytam się, co wtedy? Oczywiście, twórcom tego typu akcji nie przyjdzie do głowy selekcjonować odbiorców... Zresztą, na jakiej podstawie mieliby to robić, prawda? A SMS jest masowy i ludzie odpowiedzialni za rozsyłanie SAS (Short Advertisments Services) nie wiedzą, do kogo trafiają te wiadomości.

Bezimienność takich wiadomości (i czy to konkursowych, czy informacyjnych) prawie tak samo mnie irytuje, jak masowe życzenia świąteczne. Jeżeli ktoś mnie traktuje jako Iksińskiego, którego nawet nie wymieni z imienia, to znaczy, że nie szanuje mnie na tyle, by rzeczywiście pisał życzenia do mnie... i tylko do do mnie (a przynajmniej ja, jako odbiorca wiadomości, mam być przekonana, że pisze tylko i wyłącznie do mnie).

Popularne posty z tego bloga

Dyplom ukończenia Uniwersytetu Śląskiego

Pierwszego lipca 2011 roku  uzyskałam tytuł licencjata  Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Studia pierwszego stopnia ukończyłam z oceną dobrą na dyplomie.

Marakasy domowej roboty

Znalazłam ostatnio sporo inspirujących aktywności, jakie mogłabym robić z moim Skarbem. Jedną z tych aktywności jest muzykowanie i do tego na własnoręcznie wykonanych instrumentach. Nie. Nie jestem ekspertem od muzyki, raczej będziemy pląsać, śpiewać, tańczyć i grać bardzo amatorsko. Nie jestem też specem od techniki, więc moje pierwsze instrumenty są równie amatorsko wykonane, ale i tak mi się podoba ich finalny wygląd. Gdybym miała więcej umiejętności, pewnie wyszłyby lepiej. A że nie mam, to wyszły, jak wyszły i też dobrze. :) Najłatwiej jest, moim zdaniem, wykonać grzechotki, ale to już mojemu dziecku jest znane i z wczesnego okresu niemowlęcego i z eksperymentowania, polegającego na wkładaniu różnych kuchennych produktów do jajek po Kinder Niespodziankach i innych pojemników. Dlatego, tym razem postawiłam na proste marakasy. Widziałam na PowerOfMelody oraz na Pinterest ładnie wykonane marakasy. Okazało się, że nie mam w domu jednorazowych łyżek, więc wykorzystałam widelce.

Kontrakt klasowy

Podobno, im kontrakt jest krótszy, tym lepiej uczniowie zapamiętują, co się w nim znajduje. W kontrakcie powinny się też znajdować raczej nakazy, a nie zakazy. I o ile brak zakazów jest dydaktycznie poprawny, o tyle nie jest on, w moim odczuciu, stuprocentowo wychowawczy. Brak świadomości zakazów może doprowadzić do tego, że dzieci mogą mieć zatarte granice między dobrym a złym postępowaniem. Moim zdaniem należy mówić również głośno o tym, czego robić nie wolno. A w szczególności tym najmłodszym uczniom należy uświadamiać, zarówno poprzez nakazy, jak i zakazy, normy społeczne, odpowiednie zachowanie czy wartości i sposoby postępowania w sytuacjach trudnych, nowych. Kontrakt uczniów klasy czwartej i nauczycieli ich uczących został sformułowany dydaktycznie poprawnie oraz zaakceptowany własnoręcznymi podpisami.